Zakładki:
RSS
środa, 23 sierpnia 2017
*** (Jestem za blisko)
Jestem za blisko, żeby mu się śnić.
Nie fruwam nad nim, nie uciekam mu
pod korzeniami drzew. Jestem za blisko.
Nie moim głosem śpiewa ryba w sieci.
Nie z mego palca toczy się pierścionek.
Jestem za blisko. Wielki dom się pali
beze mnie wołającej ratunku. Za blisko,
żeby na moim włosie dzwonił dzwon.
Za blisko, żebym mogła wejść jak gość,
przed którym rozsuwają się ściany.
Już nigdy po raz drugi nie umrę tak lekko,
tak bardzo poza ciałem, tak bezwiednie,
jak niegdys w jego śnie. Jestem za blisko,
za blisko. Słyszę syk
i widzę połyskliwą łuskę tego słowa,
znieruchomiała w objęciu. On śpi,
w tej chwili dostępniejszy widzianej raz w życiu
kasjerce wędrownego cyrku z jednym lwem
niż mnie leżącej obok.
Teraz to dla niej rosnie w nim dolina
rudolistna, zamknięta ośnieżona górą
w lazurowym powietrzu. Ja jestem za blisko,
żeby mu z nieba spaść. Mój krzyk
mógłby go tylko zbudzić. Biedna,
ograniczona do własnej postaci,
a byłam brzozą, a byłam jaszczurką,
a wychodziłam z czasów i atłasów
mieniąc się kolorami skór. A miałam 
łaskę znikania sprzed zdumionych oczu,
co jest bogactwem bogactw. Jestem blisko,
za blisko, żeby mu się śnić.
Wysuwam ramię spod głowy śpiącego,
zdrętwiałe, pełne wyrojonych szpilek.
Na czubku każdej z nich, do przeliczenia,
strąceni siedli anieli.
15:06, mojeulubionewiersze
Link Dodaj komentarz »
Niebo

Od tego trzeba było zacząć: niebo.

Okno bez parapetu, bez futryn, bez szyb.

Otwór i nic poza nim,

ale otwarty szeroko.

 

Nie muszę czekać na pogodną noc,

ani zadzierać głowy,

żyby przyjrzeć się niebu.

Niebo mam za plecami, pod ręką i na powiekach.

Niebo owija mnie szczelnie

i unosi od spodu.

 

Nawet najwyższe góry

nie są bliżej nieba

niż najgłębsze doliny.

Na żadnym miejscu nie ma go więcej

niż w innym.

Obłok równie bezwzględnie

przywalony jest niebem co grób.

Kret równie wniebowzięty

jak sowa chwiejąca skrzydłami....

Rzecz, która spada w przepaść,

spada z nieba w niebo.

 

Sypkie, płynne, skaliste,

rozpłomienione i lotne

połacie nieba, okruszyny nieba,

podmuchy nieba i sterty.

Niebo jest wszechobecne

nawet w ciemnościach po skórą.

 

Zjadam niebo, wydalam niebo.

Jestem pułapka w pułapce,

obejmowanym objęciem,

pytaniem w odpowiedzi na pytanie.

 

Podział na ziemię i niebo

to nie jest właściwy sposób

myslenia o tej całości.

Pozwala tylko przeżyć

pod dokładniejszym adresem,

szybszym do znalezienia,

jeślibym była szukana.

Moje znaki szczególne

to zachwyt i rozpacz.



_Wisław

15:03, mojeulubionewiersze
Link Dodaj komentarz »
PERSPEKTYWA

Minęli się jak obcy, 

bez gestu i słowa, 

ona w drodze do sklepu,

on do samochodu.

 

Może w popłochu

albo roztargnieniu

albo niepamiętaniu, 

że przez krótki czas

kochali się na zawsze.

 

Nie ma zresztą gwarancji,

że to byli oni.

Może z daleka tak, 

a z bliska wcale.

 

Zobaczyłam ich z okna,

a kto patrzy z góry,

ten najłatwiej się myli.

 

Ona zniknęła za szklanymi drzwiami,

on siadł za kierownicą

i szybko odjechał.

Czyli nic się nie stało

nawet jeśli stało.

 

A jak, tylko przez moment

pewna, co widziałam,

próbuję teraz w przygodnym wierszyku

wmawiać Wam, Czytelnikom, 

że to było smutne.

 

 

_Wisława Szymborska

14:48, mojeulubionewiersze
Link Dodaj komentarz »
Zawsze wtedy...

Zawsze, ilekroć uśmiechniesz się do swojego brata i wyciągniesz do niego ręce - JEST BOŻE NARODZENIE.

Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać - JEST BOŻE NARODZENIE.

Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad, które jak żelazna obręcz uciskają ludzi w ich samotności - JEST BOŻE NARODZENIE.

Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei, tym którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego, moralnego czy duchowego ubóstwa - JEST BOŻE NARODZENIE.

Zawsze kiedy rozpoznajesz w pokorze, jak bardzo znikome są Twoje możliwości i jak wielka jest Twoja słabość - JEST BOŻE NARODZENIE.

Zawsze, ilekroć pozwolisz, by Bóg pokochał innych przez Ciebie...

 

ZAWSZE WTEDY JEST BOŻE NARODZENIE.

12:55, mojeulubionewiersze
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 sierpnia 2017
O Afryko!

Czym przykuwasz ludzkie serca do swej spękanej słońcem ziemi?

Jakim bakcylem zaraziłaś mą zranioną duszę?

Czy swą nędzą, cierpieniem, płaczem umierających z głodu dzieci?

Pytam.... ciągle pytam... i szukam odpowiedzi.

O Afryko!

Jak cień zachodzącego słońca i stado dzikich zwierząt,

ludzie o kolorze nieba

taniec pełen tajemnicy

i śpiew lecącej strzały.

Wszystko jest we mnie,

utkwiło w sercu,

które nie ma siły oderwać się od Ciebie...

 

O Afryko!

 

x Hieronim Siwek

16:38, mojeulubionewiersze
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Pierwsza fotografia Hitlera

A któż to jest ten mały dzidziuś w kaftaniku? 
Toż to mały Adolfek, syn państwa Hitlerów! 
Może wyrośnie na doktora praw? 
Albo będzie tenorem w operze wiedeńskiej? 
Czyja to rączka, czyja, uszko, oczko, nosek? 
Czyj brzuszek pełen mleka, nie wiadomo jeszcze: 
drukarza, konsyliarza, kupca, księdza? 
Dokąd te śmieszne nóżki zawędrują, dokąd? 
Do ogródka, do szkoły, do biura, na ślub 
może z córką burmistrza? 

Bobo, aniołek, kruszyna, promyczek, 
kiedy rok temu przychodził na świat, 
nie brakło znaków na niebie i ziemi: 
wiosenne słońce, w oknach pelargonie, 
muzyka katarynki na podwórku, 
pomyślna wróżba w bibułce różowej, 
tuż przed porodem proroczy sen matki: 
gołąbka we śnie widzieć - radosna nowina, 
tegoż schwytać - przybędzie gość długo czekany. 
Puk puk, kto tam, to stuka serduszko Adolfka. 

Smoczek, pieluszka, śliniaczek, grzechotka, 
chłopczyna, chwalić Boga i odpukać, zdrów, 
podobny do rodziców, do kotka w koszyku, 
do dzieci z wszystkich innych rodzinnych albumów. 
No, nie będziemy chyba teraz płakać, 
pan fotograf pod czarną płachtą zrobi pstryk. 

Atelier Klinger, Grabenstrasse Braunau, 
a Braunau to niewielkie, ale godne miasto, 
solidne firmy, poczciwi sąsiedzi, 
woń ciasta drożdżowego i szarego mydła. 
Nie słychać wycia psów i kroków przeznaczenia. 
Nauczyciel historii rozluźnia kołnierzyk 
i ziewa nad zeszytami.

 

 

_Wisława Szymborska

16:45, mojeulubionewiersze
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 kwietnia 2010
Szczęście

 

 

A jesli

pojde do nieba,

zbuduje tam sobie domek,


bede

siedzial przy biurku

palac mala fajke

(nie bedzie juz szkodliwa)


bede

pisal wiersz

Bog usiadzie obok na fotelu,

odslaniajac mi wolno siebie


bede

pisal moj wiersz o Nim,

cala wiecznosc,

lecz na kartce

zawsze pozostanie tylko czysta biel,



jesli pojde do nieba.    _m.m._NN

16:55, mojeulubionewiersze
Link Komentarze (1) »
(...)

16:50, mojeulubionewiersze
Link Dodaj komentarz »